Historia więźnia Stalagu III C

81 rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu jenieckiego Stalag III C Alt Drewitz. Historia więźnia Stalagu III C Prawdziwego Bohatera Josepha Beyerle*. Fragmenty jego ostatniego wywiadu z czasopisma: Московский Комсомолец z dnia 7 czerwca 2004 roku. Autor - Александр Морозов.

...Po skoku na spadochronie w Normandii w czerwcu 1944 r. „wylądował” w Moskwie w lutym 1945 r. 60 lat temu, w czerwcu 1944 roku, masowe lądowanie wojsk alianckich na wybrzeżu Francji otworzyło drugi front w Europie. … Dyskutowali o tym w przededniu rocznicy uczestnicy moskiewskiej konferencji poświęconej 60. rocznicy lądowania. W uroczystości wziął udział zastępca ambasadora USA w Federacji Rosyjskiej John Beyrle. „Operacja w Normandii była wspólnym zwycięstwem” – powiedział. To zdanie ma dla amerykańskiego dyplomaty bardzo osobiste znaczenie. Jego ojciec, Joseph Beyrle, był jedynym żołnierzem tej wojny, który walczył zarówno w armii amerykańskiej, jak i radzieckiej.

Czy byłeś wśród tych, którzy wylądowali w Normandii 6 czerwca 1944 roku, właśnie tego „dnia” ? — Jeszcze wcześniej, dzień wcześniej, 5 czerwca. My, wojska powietrznodesantowe, wylądowaliśmy kilka godzin przed głównymi siłami: 13 400 amerykańskich i 7000 brytyjskich spadochroniarzy. Skakaliśmy w nocy i miałem szczęście, że byłem na pokładzie jednego z czołowych samolotów. Gdy tylko Niemcy oprzytomnieli, otworzyli ogień przeciwlotniczy i kilka pojazdów, które jechały za nami, zginęło w powietrzu wraz z całą załogą. Gdy otworzyłem spadochron, zobaczyłem, że opadam prosto na pozycję Niemców: pode mną płonął dom, który podpalili specjalnie, aby oświetlić okolicę, a w świetle ognia strzelali do mnie. nasz... — Jak to się stało, że po wyskoczeniu na spadochronie w Normandii „wylądowałeś” w Rosji? — Tak naprawdę wylądowałem najpierw na dachu kościoła we francuskiej wiosce Combe du Mont. Był to najwyższy budynek w tamtych stronach. Jak się okazało, wysiadłem z samolotu kilka sekund przed czasem, ale to wystarczyło, by znaleźć się daleko od celu naszej jednostki – dwóch mostów nad rzeką. Musieliśmy ich powstrzymać, aby umożliwić dalszy marsz naszych jednostek, które wylądowały z morza i zaatakowały Wał Atlantycki czołowo, a następnie przesunęły się w głąb wybrzeża... Dopiero wiele lat później Joseph Beyrle dowiedział się, że jego towarzysze broni ze 101. Dywizji Powietrznodesantowej zdobyli te mosty i utrzymali je przez ponad dwa dni. Sam Byerley został uznany za zmarłego. Od czasu lądowania na dachu kościoła w Côme du Mont rozpoczął własną wojnę, która ostatecznie zaprowadziła go do pułku czołgów Armii Radzieckiej. „Wyszedłem z kościoła i spędziłem prawie 20 godzin próbując dotrzeć do tych mostów” – wspomina były spadochroniarz. — Kilka razy spotkałem Niemców. Podczas pierwszego takiego spotkania usłyszałem ich, zanim oni usłyszeli mnie, i rzuciwszy parę granatów, zniknąłem w ciemnościach. Za drugim razem nie miałem szczęścia. Postanowiłem przeskoczyć żywopłot – wyższy od człowieka i tak gęsty, że nie można było nic za nim zobaczyć. Kiedy wyskoczyłem na drugą stronę, wylądowałem dokładnie na stanowisku obsługi niemieckiego karabinu maszynowego. Tak zostałem schwytany. - Bez jednego strzału? Byerly spojrzał na mnie z wyższością. I czuję się niezręcznie. Nasze pokolenie wychowało się na filmach wojennych, w których bohaterowie walczą do ostatniego naboju. A Joseph Beyrle sam brał udział w tej wojnie. A to, co mu się przydarzyło, nie jest filmem. Uśmiecha się: - Nie jesteś pierwszą osobą, która zadaje to pytanie. Dlaczego się poddałem? Kiedy zeskoczyłem z tego cholernego ogrodzenia, miałem w rękach pistolet maszynowy Thompson. Ale sześć schmeisserów i lufa ciężkiego karabinu maszynowego wpatrywały się w moją pierś. Co byś zrobił na moim miejscu? W lutym 1945 roku w ambasadzie amerykańskiej w Moskwie pojawił się mężczyzna ubrany w żałosną imitację amerykańskiego munduru. Przedstawił się jako Joseph R. Beyrle, sierżant 101. Dywizji Powietrznodesantowej. „Najpierw dali mi pokój, nakarmili, dali mi możliwość wzięcia prysznica, a potem powiedzieli: »Przepraszamy, sprawdziliśmy, ale Joseph Beyrle zginął podczas lądowania w Normandii«”. Natychmiast przeniesiono mnie z ambasady do hotelu pod nadzorem żołnierza piechoty morskiej, z którym wdałem się w bójkę, bo chciałem udowodnić, że to ja. Nalegałem, żeby osobiście za mnie poręczył marszałek Żukow, bo to dzięki niemu znalazłem się w Moskwie. Jednakże list polecający Żukowa odebrał mi radziecki major, który odprowadził mnie do bram ambasady. W końcu przekonałem ich, żeby wysłali moje odciski palców do Stanów. Zadziałało. — List Żukowa?. Czy spotkałeś się ze sławnym marszałkiem? — Tak jak teraz, z tobą. Tylko ja leżałem na łóżku szpitalnym w batalionie medycznym. Nasz oddział pancerny został zbombardowany. Zostałem mocno uderzony i wylądowałem w szpitalu. Pewnego dnia na oddziałach wybuchło niezwykłe zamieszanie: pojawiła się cała administracja szpitala i kilku wojskowych, z których jeden najwyraźniej był wysokiej rangi. Lekarz naczelny mówi mu: „Towarzyszu Marszałku, jest tu amerykański żołnierz, który walczył jako ochotnik w naszym pułku czołgów”. To był legendarny Żukow. Nawiasem mówiąc, jego tłumacz mówił czystą, „oksfordzką” angielszczyzną. Marszałek był bardzo zainteresowany moją historią i poprosił mnie, żebym opowiedział mu o swoich przygodach. — Czytelnicy MK (Moskowskij komsomolec – radziecki i rosyjski dziennik, dalej MK) również byliby zainteresowani. Co wydarzyło się później, kiedy zostałeś pojmany.

* * * W lutym 1945 roku w ambasadzie amerykańskiej w Moskwie pojawił się mężczyzna ubrany w żałosną imitację amerykańskiego munduru. Przedstawił się jako Joseph R. Beyrle, sierżant 101. Dywizji Powietrznodesantowej. „Najpierw dali mi pokój, nakarmili, dali mi możliwość wzięcia prysznica, a potem powiedzieli: „Przepraszamy, sprawdziliśmy, ale Joseph Beyrle zginął podczas lądowania w Normandii”. Natychmiast przeniesiono mnie z ambasady do hotelu pod nadzorem żołnierza piechoty morskiej, z którym wdałem się w bójkę, bo chciałem udowodnić, że to ja. Nalegałem, żeby osobiście za mnie poręczył marszałek Żukow, bo to dzięki niemu znalazłem się w Moskwie.

Jednakże list polecający Żukowa odebrał mi radziecki major, który odprowadził mnie do bram ambasady. W końcu przekonałem ich, żeby wysłali moje odciski palców do Stanów. Zadziałało. — List Żukowa?. Czy spotkałeś się ze sławnym marszałkiem? — Tak jak teraz, z tobą. Tylko ja leżałem na łóżku szpitalnym w batalionie medycznym. Nasz oddział pancerny został zbombardowany. Zostałem mocno uderzony i wylądowałem w szpitalu. Pewnego dnia na oddziałach wybuchło niezwykłe zamieszanie: pojawiła się cała administracja szpitala i kilku wojskowych, z których jeden najwyraźniej był wysokiej rangi. Lekarz naczelny mówi mu: „Towarzyszu Marszałku, jest tu amerykański żołnierz, który walczył jako ochotnik w naszym pułku czołgów”. To był legendarny Żukow. Nawiasem mówiąc, jego tłumacz mówił czystą, „oksfordzką” angielszczyzną. Marszałek był bardzo zainteresowany moją historią i poprosił mnie, żebym opowiedział mu o swoich przygodach. — Czytelnicy MK również byliby zainteresowani... Co wydarzyło się później, kiedy zostałeś pojmany? — Obozy. I kilka ujęć. Miałem dużo szczęścia: dostałem się do niewoli niemieckich spadochroniarzy, którzy nie zastrzelili mnie tylko dlatego, że też byłem spadochroniarzem, ale okradli mnie do cna. Zostałem więc jeńcem wojennym — Twoje wspomnienia zapełniłyby całą książkę. Ale były chyba najbardziej uderzające momenty. - Bardzo. Przeważnie tragiczne. Ale nie tylko. Pamiętam pierwsze przesłuchanie. Zaprowadzili mnie do jakiegoś domu, w którym byli ludzie z niemieckiego wywiadu. Powiedziałem, że jestem zwykłym żołnierzem. - To nieprawda, Josephie Robercie Beyrle, jesteś i radiooperatorem, i saperem! Wiemy o tobie wszystko – powiedziała młoda kobieta, która była wśród Niemców, i nagle ją rozpoznałem. Przed lądowaniem nasz pułk stacjonował w Anglii, niedaleko Ramsbury – miejscowe dziewczęta przychodziły na nasze tańce, a ta śliczna blondynka często błyszczała wśród nich. - Szpieg?! - Dokładnie. Ale ona nie wiedziała wszystkiego (śmiech). Nie miała pojęcia, że ​​dwukrotnie, w kwietniu maju 1944 roku, zostałem potajemnie wyrzucony za linie niemieckie, za Wał Atlantycki. Miałem na sobie pas ze złotymi monetami - dla francuskich partyzantów. Oba razy wróciłem bezpiecznie. Gdyby Niemcy wiedzieli, że mam kontakty z podziemiem, to by mnie aresztowali. Ale nie reprezentowałem dla nich żadnych szczególnych interesów, więc wysłali mnie na tyły.

* * * Joseph Beyrle pokazuje mi album: jego zdjęcia wojenne i zdjęcie zrobione w obozie jenieckim. — Przydzielono mi numer XIIA 80213. Pierwsze cyfry oznaczają obóz - nazywał się Stalag XII A i znajdował się w Niemczech, w pobliżu Limburga (Stalag XIIA Limburg an der Lahn, Hesja). Tam zostałem „zarejestrowany”. Jednak w wyniku moich obozowych tułaczek, podczas których, będąc jeszcze we Francji, próbowałem dokonać pierwszej ucieczki, gdy nasza kolumna została zbombardowana, trafiłem do obozu Stalag III C koło Kostrzyna, już w Polsce. Udało mi się stamtąd uciec dwa razy i za drugim razem się udało. — Skąd masz to zdjęcie? Jest z niemieckiego archiwum, prawda? „Sam wziąłem je z sejfu w biurze komendanta obozu. Stało się to, gdy nasz pułk czołgów, radziecki pułk, do którego dołączyłem jako ochotnik, odbił obóz z rąk Niemców. Rzeczywiście, nie było tam już żadnych więźniów. Nagle wezwano mnie do dowódcy pułku. Znalazłem go i grupę starszych oficerów przy wielkim sejfie, w którym przechowywano dokumentację obozową. Rosjanie mieli kilka kilogramów amerykańskich materiałów wybuchowych, lecz nie wiedzieli, jak ich użyć.

Byłem przeszkolony w zakresie materiałów wybuchowych i rozbiłem ten sejf niczym orzech. Oprócz dokumentów znajdowało się tam sporo pieniędzy, najwyraźniej skonfiskowanych więźniom: dolary amerykańskie i kanadyjskie. Oraz akta osobowe zbiegów ze zdjęciami. Znalazłem swoją „sprawę” i stamtąd zrobiłem to zdjęcie. Jednocześnie napełniłem kieszenie dolarami. Rosyjscy oficerowie zaopatrywali się w zegarki, aparaty fotograficzne i ruble z sejfu, których również było pod dostatkiem. - O tym nie piszą w kronikach bohaterskich... A jak udało ci się uciec? — W Stalagu III było nas, Amerykanów, 1500. Oprócz nas było tam około 10 tysięcy Rosjan, wśród których, ku mojemu zdziwieniu, dostrzegłem całkiem sporo kobiet — co najmniej 200–300. Wiedzieliśmy, że armia rosyjska jest blisko i rozumieliśmy, że to jest nasza szansa. Mieliśmy własną organizację podziemną, ja sam byłem w „komitecie ucieczkowym” i je planowałem. Ale za pierwszym razem, kiedy udało mi się uciec, był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Miałem niesamowite szczęście: wygrałem 60 paczek papierosów grając w kości. Był to niesłychany szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż nawet Niemcy cierpieli z powodu niedoboru tytoniu. Za wygraną przekupiliśmy ochroniarza, który w bezksiężycową noc udawał, że nie słyszy, jak przecinamy drut ogrodzeniowy. Uciekliśmy małą grupą i wsiedliśmy do pociągu towarowego, który – jak myśleliśmy – jechał do Polski. W rzeczywistości jechał do Niemiec, gdzie wpadliśmy prosto w ręce Gestapo... Byliśmy okrutnie bici przez kilka dni, co nigdy nie miało miejsca w obozie. Na szczęście dla nas, Wehrmacht zazdrośnie strzegł swojej „własności”. Wkrótce przybyło po nas pięciu niemieckich oficerów. Słyszałem, jak gestapowcy i wojskowi zaciekle kłócili się między sobą, do których z nich należymy. Gestapo w końcu uległo i znalazłem się z powrotem w moim „domowym” Stalagu III. Był tam jeden stary wyjadacz, Schultz, weteran I wojny światowej. Kiedy zobaczył, że nas zabierają, powiedział: „Wy chyba zwariowaliście, chłopaki – po co uciekacie, ryzykujecie życie, skoro wojna dobiega końca?!” I wymownie skinął głową w stronę wschodu, skąd już słychać było huk wystrzałów artyleryjskich. - Ale udało ci się uciec i dotrzeć do naszych ludzi? — Był styczeń 1945 roku. Opracowaliśmy nowy plan. Trzy osoby musiały uciec. Jeden z nich udawał chorego, więc powiedzieliśmy strażnikom, że trzeba go odwieźć do izby chorych, która znajdowała się poza głównym obszarem. Otworzono dla nas bramy, a gdy ciągnęliśmy nosze, pozostali więźniowie rozpoczęli głośną walkę, odwracając uwagę Niemców.

Skorzystaliśmy z tego i zostaliśmy zauważeni, gdy byliśmy już dość daleko. Za nami rozległy się strzały, a obaj moi towarzysze zostali trafieni kulami. Dotarłem do lasu sam. Szedłem na wschód przez trzy dni...

Czwartego dnia ukryłem się w stodole na jakiejś samotnej farmie (gospodarstwie). Tej nocy strzelanina dochodziła ze wszystkich stron. Nad ranem zrobiło się ciszej i wychodząc z mojego schronienia zobaczyłem, że podwórze farmy (gospodarstwa) było pełne rosyjskich żołnierzy, a także amerykańskie czołgi Sherman z czerwonymi gwiazdami na wieżach. Po rosyjsku znałem tylko dwa słowa: „Amerykański towarzysz”. Ale to wystarczyło. — Dlaczego nie wysłano cię od razu na tyły? — Ja sam prosiłem, żeby mnie przyjęto do pułku. Byliśmy na linii frontu, szansa na dotarcie do najbliższego konsulatu USA była nikła – po prostu żadnego nie było – i myślałem, że najkrótsza droga do domu będzie z Rosjanami, przez Berlin. Z mojej winy doszło do sporu między dowódcą batalionu (była kobietą-majorem) a komisarzem. Major chciał mnie zostawić, ale komisarz krzyknął, że nie mam nic do roboty w pułku. Wśród załóg czołgów w batalionie było wiele kobiet, nawet dowódców czołgów, i powiedziałem sobie: „Ci Rosjanie walczą jako cały naród!” I tłumaczył najlepiej jak potrafił, że skoro walczą tu nawet kobiety, to ja, spadochroniarz, karabinier maszynowy, ekspert od saperów, tym bardziej powinienem walczyć z „nazistami”. Dowódca przekonał komisarza. Dali mi karabin maszynowy i przydzielili do załogi czołgu. Kilka godzin później już ruszyliśmy do walki.

* * * Joseph Beyrle walczył tylko przez miesiąc, a w tym czasie batalion brał udział w nieustannych walkach, aż do momentu zbombardowania go przez Junkersów. „Cóż, znasz resztę” – uśmiecha się Byerly. — Historia zakończyła się jak w filmie: happy endem. Następnego dnia, gdy Żukow odwiedził nasz szpital, pojawił się jego oficer z listem na formularzu ozdobionym pięcioramiennymi gwiazdami i podpisem samego marszałka. Zapytałem: „Co tam jest?” Oficer wpadł w złość: „Nie bądź głupcem, podpisz!” Ten list był jak magiczna różdżka: otwierał przede mną każde stanowisko dowodzenia i umieszczał mnie w każdej ciężarówce jadącej na front lub wracającej z frontu. Kierowałem się do Warszawy, gdzie, jak mi powiedziano, mieściła się już nasza ambasada. Ale zobaczyłem całkowicie zniszczone miasto. Potem dostałam pracę w pociągu szpitalnym jadącym do Moskwy. A oto ja w Moskwie w 1945 roku. Przechadzam się po mieście, które przetrwało i wygrało brutalną wojnę. Jadę słynnym moskiewskim metrem do Hotelu Narodowego, gdzie wówczas mieściła się ambasada amerykańska. Już prawie jestem w domu, można by tak rzec...

* Dzięki wspomnieniom jednego z najsłynniejszych jeńców obozu III C w Alt Drewitz (Stare Drzewice) - nieżyjącego już sierżanta Josepha Beyrle, możemy dowiedzieć się o niesamowitej historii tego miejsca z przełomu 1944 i 1945 roku.

Joseph Beyrle urodził się w dniu 25 sierpnia 1923 roku w Muskegon w stanie Michigan, zmarł w dniu 12 grudnia 2004 w Toccoa w stanie Georgia. W latach 1942–1945 służył w armii USA w 506 Pułku Piechoty, 101 Dywizji Powietrznodesantowej nazywanej „Krzyczące Orły”. W trakcie szkolenia zyskał przydomek „Jumpin' Joe - Skaczący Joe”. Po dalszym przeszkoleniu w Anglii brał udział w dwóch misjach spadochronowych we Francji, gdzie dostarczył pieniądze francuskiemu ruchowi oporu. Po inwazji 6 czerwca 1944 roku w Normandii dostał się do niemieckiej niewoli.

Po pobycie w wielu więzieniach i obozach, m.in.:Stalag XII A (Limburg an der Lahn w Hesji) oraz IV B (Mühlberg–Elbe w Saksonii) , w dniu 17 września 1944 roku trafił do stalagu III C Alt Drewitz (Stare Drzewice). Jeszcze na początku stycznia 1945 roku trafiali tu jeńcy amerykańscy, którzy dostali się do niewoli niemieckiej podczas walk w Ardenach. Amerykanie w obozie zostali podzieleni według struktury wojskowej na bataliony, kompanie i oddziały. Z zaufanych żołnierzy utworzone zostały specjalne, konspiracyjne komórki obozowe: bezpieczeństwa, ucieczek, zamówień publicznych, administracji i informacji (został też zorganizowany stały nasłuch radiowy). Jeńcy amerykańscy otrzymywali ograniczone ilości paczek z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w większości zawierające żywność: skondensowane mleko, konserwy, papierosy i czekoladę. Papierosy służyły jako pieniądze i były one wykorzystywane do handlu wymiennego wśród jeńców i strażników. Na początku listopada 1944 roku, sierżant Joseph Beyrle zorganizował jedną z obozowych ucieczek. Za 10 paczek papierosów niemieccy strażnicy zgodzili się nawet na ucieczkę przez druty obozowe grupy jego amerykańskich kolegów. W ucieczce pomagali jeńcom opłaceni w ten sam sposób informatorzy, którzy przekazali dane związane z rozkładem przejeżdżających pociągów na linii Berlin - Królewiec i Szczecin - Wrocław. Pomiędzy godziną 21 a 23 grupa uciekinierów przedostała się przez druty obozowe na teren bocznicy kolejowej, gdzie udało się im bez przeszkód wsiąść do pociągu towarowego. Zamiar ucieczki był prosty, ale zamiast w kierunku wschodnim uciekinierzy dojechali do Berlina. Tam, dzięki papierosom udało im się zdobyć żywność i schronienie u Niemców, którzy obiecali im pomoc w dalszej ucieczce na zachód. Niestety zostali jednak wydani i wpadli w ręce gestapo. Po przesłuchaniach i torturach zostali odstawieni do obozu Luft III w Żaganiu. Po siedmiu dniach pobytu w Żaganiu odesłano ich do macierzystego obozu w Starych Drzewicach, gdzie za próbę ucieczki zostali skazani na dodatkową, 30 dniową karę aresztu i zamknięci w klatkach o wymiarach 183 cm długości, 122 cm szerokości i 152 cm wysokości. Za pożywienie służyła ograniczona racja czarnego chleba i woda. Temperatura powietrza w dzień i w nocy spadała często poniżej zera.

Po odbyciu kary grupa trzech więźniów z niepokornym sierżantem Josephem Beyrle podjęła kolejną próbę ucieczki na początku stycznia 1945 roku. Decyzja zapadła, gdy nasłuch radiowy potwierdził, że Rosjanie są w odległości około 50-100 kilometrów od Kostrzyna. Tym razem po przedostaniu się do ambulatorium jeńcy ukryli się w beczkach na warzywa i w ich wnętrzu opuścili obóz. Niestety na podjeździe wóz przewrócił się, a jeńcy zostali odkryci.

Strażnicy otworzyli do uciekinierów ogień z karabinów maszynowych i dwóch z nich zabili. Sierżantowi Josephowi Beyrle udało się dobiec do pobliskiego strumienia. W tym czasie strażnicy wypuścili obozowe psy, specjalnie tresowane do ścigania zbiegów owczarki niemieckie. Beyrle jako doświadczony komandos ukrywał się w strumieniu, dzięki czemu psy nie mogły znaleźć jego śladów i zapachu. Pomimo potwornego mrozu, udało mu się przetrwać w strumieniu przez całą noc i dzień.

Następnej nocy udał się na wschód, a po drodze ukrywał się w stodołach i w ciągu dnia unikał otwartych przestrzeni i ludzi w gospodarstwach rolnych. W trzecim dniu ucieczki natknął się na radziecki oddział rozpoznawczy. Po rozpoznaniu sojuszników wyszedł do nich z podniesionymi rękoma powtarzając słynne słowa: „Americanski Tovarish”. Dowódcą jednostki rozpoznawczej była kobieta - Aleksandra Samusienko (kapitan Aleksandra Grigorjewna Samusienko). W swoich wspomnieniach Beyrle nazwał ją: „Panią Major”. Powiedział jej też łamanym językiem rosyjskim, że jest żołnierzem - jeńcem USA, uciekinierem z pobliskiego Stalagu III C w Starych Drzewicach, że chciał się do nich dołączyć i iść z nimi do Berlina oraz zabijać nazistów. Po wielu konsultacjach pomiędzy dowódcą i sowieckimi komisarzami pozwolono mu dołączyć do oddziału. Otrzymał też rosyjski pistolet maszynowego typu pepesza. Następnego ranka po przygotowaniu artyleryjskim jego nowy oddział wyruszył do ataku na Kostrzyn. Sierżant Beyrle brał udział w akcji w składzie załogi pancernej na amerykańskim czołgu typu Sherman, którego dowódcą była również kobieta. Podczas ataku została ostrzelana niemiecka kolumna wraz z konwojowanymi kolegami z obozu w Starych Drzewicach. W czasie walki zginęło wielu Amerykanów, którzy zostali zabici od przypadkowych kul lub też omyłkowo wzięci byli za żołnierzy niemieckich. Wielu jeńców zostało rannych. Po wyzwoleniu obozu sierżant J. Beyrle walczył nadal z Rosjanami przeciwko Niemcom do czasu, kiedy to pod koniec lutego został ciężko ranny i trafił do szpitala polowego w Gorzowie Wielkopolskim. Tam spotkał się z marszałkiem Żukowem, dzięki któremu mógł powrócić do swojego kraju. Podróż odbywała się etapami przez Łódź, Warszawę i Moskwę. W Warszawie leczył się z ran w klasztorze Wizytek. W Moskwie w ambasadzie USA stwierdzono, że Joseph R. Beyrle został zabity w akcji 10 czerwca 1944 roku. Początkowo traktowano go jako szpiega, dopóki nie potwierdzono jego odcisków daktyloskopijnych w Waszyngtonie. Podczas pobytu w Moskwie sierżant J. Beyrle przebywał pod ścisłym nadzorem i strażą. Po ustaleniu jego tożsamości spotkał się z nim ambasador USA Averill Harriman oraz gen. major John R. Deane, szef amerykańskiej misji wojskowej w ZSRR od października 1943 do października 1945 roku. Następnie wraz z grupą około 20 innych żołnierzy został przetransportowany do Odessy. W grupie, która została odesłana z Moskwy było kilku  korespondentów wojennych, generałów i pułkowników. Joseph R. Beyrle był jedynym podoficerem wśród tej elity armii Stanów Zjednoczonych. W Odessie wraz z innymi jeńcami został załadowany na statek, którym udał się przez Morze Czarne do Stambułu w Turcji. Z Turcji konwój udał się przez Morze Śródziemne i wylądował w Port Said w Egipcie. Dalej okrętami wojennymi marynarki brytyjskiej HMS Samaria, Bedford i Circassia został przewieziony wraz z innymi jeńcami do szpitala wojskowego w Neapolu we Włoszech. Tam poddany został operacji usunięcia odłamków i leczenia ran z bitwy o Berlin. Po rekonwalescencji odesłano go do Bostonu w USA.

Już w Stanach Zjednoczonych otrzymał 30 dniowy urlop w celu odwiedzenia rodziny. Do rodzinnego domu w Muskegon dotarł 21 kwietnia 1945 roku, aby spotkać się z rodziną, która otrzymała oficjalne zawiadomienia armii USA. Po pierwsze, że ich syn i brat Joseph R. Beyrle został zaginiony w akcji we Francji, następnie, że przebywa w niewoli, następnie, że został zabity w akcji i wreszcie, że jest jeńcem wojennym. Rodzice otrzymali pośmiertne odszkodowanie wojenne za poległego syna od dowództwa armii USA i po tych wiadomościach zamówili w jego intencji mszę żałobną, która została odprawiona przez księdza Stratza w dniu 17 września 1944 roku w kościele św. Józefa w Muskegon. Jego nekrolog ukazał się też w lokalnej prasie. Dwa lata później, tuż po zakończeniu wojny, w tym samym kościele w sobotę 14 września 1946 roku nasz bohater ożenił się z Joanną Hollowell, z którą doczekał się córki i dwóch synów oraz siedmiorga wnuków. Po wielu latach w 1994 roku z okazji 50 rocznicy lądowania aliantów w Normandii, został przyjęty przez prezydenta USA Billa Clintona i prezydenta Rosji Borysa Jelcyna oraz odznaczony najwyższymi odznaczeniami wojskowymi obu państw. 17 września 2002 roku niezwykła historia życia tego więźnia stalagu w Drzewicach została opisana przez Thomasa Taylora w książce pod tytułem „Simple Sounds of Freedom”. Z kolei 1 czerwca 2004 roku ukazało się kolejne wydanie biografii J. R. Beyrle, tym razem pod tytułem:„Behind Hitler's Lines”. Książkę tę autor artykułu otrzymał ze Stanów Zjednoczonych od zaprzyjaźnionego Jeffa Chamberleina, który przebywał w Kostrzynie jako nauczyciel języka angielskiego w ramach praktyk „Korpusu Pokoju”. Wywiad z sierżantem J. Beyrle opublikował też z okazji jego pobytu na defiladzie zwycięstwa w Moskwie „Moskiewski Komsomolets” w dniu 7 czerwca 2004 roku. W sierpniu 2005 roku na ścianie kościoła w St. Come-du-Mont, we Francji, gdzie J. Beyrle wylądował 6 czerwca 1944 roku, została odsłonięta pamiątkowa tablica. W lutym 2010 roku w Państwowym Muzeum Rosyjskim w Petersburgu, a następnie w dniu 6 maja 2010 roku w Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie została otwarta wystawa poświęcona temu niezwykłemu bohaterowi dwóch armii. Odsłonięcia dokonał jego syn Joe Beyrle, który od 2008 roku był ambasadorem USA w Rosji. Opisywany bohater za swoje czyny bojowe otzrymał szereg odznaczeń oraz nagród nadanych mu przez m.in.: władze USA; Francji oraz ZSRR.

Wybrana literatura.

 Behind Hitler's Lines, Thomas H. Taylor, Mass Market Paperback, June 1 2004.

История одного узника лагеря Stalag III C ЗАТЯЖНОЙ ПРЫЖОК ДЖОЗЕФА БАЙЕРЛИ. Автор: Александр Морозов. Московский Комсомолец, 07.06.2004, autor wywiadu - Александр Морозов.

Tłumaczenie i opracowanie: Józef Piątkowski

Dodaj komentarz